Jeszcze trudniej niż bez przyszłości, jest żyć bez przeszłości.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Rozplątując emocje

Do kolejnych wpisów dojrzewam długo. Taki czas. Niekiedy miesza mi się to, co przeczytałam, gdzieś zasłyszałam, a co wyszło spod mojej klawiatury. I z mojej głowy. Tak, ilość bodźców i danych, wydawałoby się – niezbędnych do przetworzenia, może stresować. A przy okazji refleksja: na jakie przebodźcowanie (oto nowe, „piękne” słowo, na które gdzieś wpadłam – i chyba na trwałe zagości w moim słowniku) narażony jest umysł maluszka, dopiero poznającego współczesny świat. Mam na myśli: rozpoznającego go swoimi zmysłami. Czy nie jest to wystarczający powód do rozdrażnienia?

Tekst, do którego zapragnę powrócić, pojawia się w mojej pamięci nieoczekiwanie. Czuję satysfakcję, bo wiem, że gdzieś go zapisałam. W tym przypadku ścieżka dostępu jest łatwa, bo w komputerze wystarczy otworzyć odpowiedni plik. Zdecydowanie, tekst jest ciężkiego kalibru. Taka psychologia przez duże „P”. Kiedyś – ważny puzzel w układance mojego życia. Staram się zrozumieć, czy ma związek z wydarzeniami tu i teraz.

Oho, znów myślałam o złości. O tym, że z dziecięcego sposobu rozwiązywania problemów, przejętego po rodzicach, część z nas nie wyrosła, a może nie wyrośnie nigdy. Że dla wielu, gniew wciąż niestety najłatwiej jest wyrazić krzykiem. Od jakiegoś czasu myślę sobie, że o tym, jak reagujemy na konfliktowe czy trudne sytuacje, dobrze jest myśleć jak o NAWYKU. Ba, to całkowicie zmienia percepcję. Bo nawyki można kształtować. To niewątpliwie dobra wiadomość.

Mój stosunek do tamtego tekstu – jest już jednak na pewno inny niż wówczas, gdy czytałam go po raz pierwszy. Jest dla mnie czymś w rodzaju zamkniętych drzwi. Dziś, po latach odczytuję go jako piękny i cenny... Bezsprzecznie, ma wartość emocjonalną.

Artykuł, czyli rozmowę z psychoterapeutami Marylą i Januszem Bachmińskimi, publikuję na swoim blogu. Przed laty ściągnęłam go ze strony wydawnictwa „W drodze”, a znalazłam – zainspirowana kazaniem jednego z oo. dominikanów. (I zapłaciłam za dostęp do niego.) Jest długi, ale przytaczam go w całości. Kto będzie chciał, ten przeczyta.

*  *  *

Jan Grzegorczyk: Wedle jednej z definicji osoba toksyczna to taka, która nie przyjmuje do wiadomości, że posiada słabości. Nic z nimi nie robi, w związku z czym rani drugich. Kim według was jest osoba toksyczna?

Maryla Bachmińska: Dla mnie to ktoś, kto odbiera drugiemu prawo do samostanowienia. Chce o wszystkim decydować. Gdybyś mu powiedział, że ma słabości, to zacząłby się śmiać.
Janusz Bachmiński: Część osób toksycznych jest bardziej przebiegła. Nie mają świadomości własnych słabości, ale stosują różne retoryki, wiedzą, że wypada być samokrytycznym, wiedzą, na jakie opowiadanie jest moda. Osoby te mogą nawet jakoś abstrakcyjnie przyznawać się do posiadania słabości, ale z tego nic nie wynika. Dla mnie najistotniejsze przy opisie osoby toksycznej jest to, że jest ona uwięziona w swoim nieszczęściu. Osoby toksyczne z uporem maniaka powtarzają swoje teorie. Szczególnie dotyczy to sprawców przemocy. Stosują przemoc, żeby zyskać miłość.

Matki i synowie

Toksyczny może być każdy, ale najczęściej mówimy o toksycznej matce, spod władzy której syn nie może się wydostać, nawet jeśli wejdzie w związek małżeński, o toksycznym mężu, który nie pozwala zaistnieć swojej żonie. Czy to nie są ofiary polowań na toksycznych?
MB: Z mojego doświadczenia niestety wynika, że w zdecydowanej większości matki próbują zawłaszczyć dzieci. Niewiele matek wypycha swojego syna z gniazda. Większość powiada jak w dowcipie: „Pamiętaj, matka jest tylko jedna”. Ale kiedy pacjent mówi mi, że matka jest wszystkiemu winna w jego życiu, to ja mu uświadamiam, że przynajmniej od 25 roku życia powinien wejść w proces samowychowania i samostanowienia. Nie można całkowicie odpowiedzialności za swoje życie przenieść na drugą osobę. Ludzie potrafią zwalać winę na innych w sposób zadziwiający, niczym nieumotywowany.
JB: Nie zawsze pacjenci przychodzą z gotowymi oskarżeniami. Zgłaszają się, ponieważ nie radzą sobie w życiu. W czasie terapii okazuje się, że żyli w patologicznym układzie. Ale jeśli nawet mama była powodem jego słabości, to tu chodzi o mamę, którą on ma w środku, a nie realną osobę. Terapia nie ma na celu przeprowadzenia sądu nad matką czy osobą toksyczną, tylko pomoc ofierze. W& wielu wypadkach może być on przecież ofiarą swoich projekcji, które zbudował na bazie małych zdarzeń.

Czy spotykaliście matki, które próbowały przy pomocy dziecka powetować stratę po mężu?
JB: Nie mogę powiedzieć, że ktoś z wyrachowania zawładnął synkiem. To jest instynkt: jak nam jest źle, to szukamy oparcia, poplecznika – każdy z nas to robi. Jeśli ten mechanizm zostaje przeniesiony na rodzinę, to sytuacja staje się niebezpieczna. Nie zawsze chodzi o to, że matka sprawuje kontrolę nad synem, kiedy umiera mąż czy kiedy ją opuszcza. Ten układ toksyczny znacznie częściej zachodzi w momencie nieporozumień małżeńskich. Z mężem nie można się dogadać, więc szukam kogoś, na kim mogę się oprzeć. To może być mężczyzna z romansu, ale i mężczyzna, jakim jest synek.
MB: Kiedy dochodzi do rozliczeń i syn zaczyna matce wygarniać jej błędy, ona robi duże oczy i nic nie pamięta. I zazwyczaj mówi: „Robiłam najlepiej, jak umiałam”.
JB: Jedną z przyczyn, która powoduje, że dochodzi do toksycznych układów między dziećmi a rodzicami, jest zatarcie granic między pokoleniami. W moich czasach był tzw. dziecięcy pokój. Jak rodzice mieli ze sobą do pogadania, to nas się odsyłało. „Dzieci! Do swojego pokoju”. Teraz to się zaburzyło. Dzieci biorą udział zarówno w rozmowach o finansach domowych, jak i w sprzeczkach. „Widzisz, co mamusia powiedziała?”, „Widzisz, co nam tatuś zrobił?”. Dziecko zostaje powoływane na świadka i na arbitra. Ma się opowiedzieć po stronie któregoś rodzica i wtedy nieświadomie identyfikuje się z rodzicem odrzuconym. Tłumaczę matkom, że to zła droga do szukania sojusznika. To działanie samobójcze, które sprawia, że tracą dziecko. Ono jest wewnętrznie rozdarte, bo chce mieć oboje rodziców.

Załóżmy nawet, że rodzice się nie rozstali. Jednak syn, budując swój związek, ma dylemat, jak zostawić mamusię w zagrożeniu, więc albo nie wchodzi w ten związek, albo nawet znajduje partnerkę, ale codziennie melduje się u mamusi.
MB: Albo mamusia codziennie dzwoni, bo to jej obrazek spadł albo rura się zapchała w łazience. Miałam klientkę, która skarżyła się, że kiedy jechali z mężem na wspólne wycieczki, to teściowa robiła im kanapki, bo synowa na pewno wszystkiego nie przygotuje. Najczęściej dzwoniła do syna, kiedy oni kładli się do łóżka. Takimi telefonami można zepsuć całe pożycie małżeńskie. Są matki absorbujące, które tak naprawdę nigdy nie wypuszczają swoich synów.

Pozwalają im się pobawić, ale synek i tak nadal należy do nich?
MB: Tak. Na treningach uczę moich pacjentów stawiać granice i dostrzegać, że inni też je mają. Na przykład toksyczna matka łamie granice syna, bo uważa, że on jest jej własnością. Może deklarować jego prawo do samodzielności, a jednocześnie doradzać, krytykować, przestrzegać.

Czyli wysyła podwójny komunikat. Z jednej strony mówi, że syn ma swoje życie, że nie ma się oglądać na nią, bo jej los to jest jej krzyż, ale właśnie w ten sposób zniewala syna.
JB: Oczywiście, bo działanie toksyczne polega zasadniczo na wzbudzaniu w ofierze poczucia winy. Zawsze chodzi o to jedno. Zademonstrowanie swojej krzywdy – zobacz, jak mi jest trudno. Wybór należy do ciebie. Chyba masz sumienie?
MB: Podam kilka przykładów: Jeżeli ja jestem biedactwem i opowiadam ciągle o swej niedoli, to tobie głupio, gdy czujesz się szczęśliwy. Jeżeli jestem bezrobotna, to głupio tobie powiedzieć, że robisz karierę. Jeżeli mówię ci, że mam niewdzięczne dzieci, to głupio tobie przyznać, że masz wspaniałe. Użalająca się nad losem matka blokuje szczęście dziecka. A człowiek z poczuciem winy znajduje się w sytuacji na kolanach. Po cokolwiek chce sięgnąć – po radość, po przyjemność, po przedmiot marzeń, po miłość – musi to uczynić na kolanach, więc ciągle przeżywa wewnętrzne rozdarcie, wszystko jest z ;domieszką smutku i wyrzutów sumienia. Matka dba, żeby syn wszystko robił na kolanach i on tak idzie przez życie, tak jest postrzegany w szkole, w pracy.
JB: Po wielu latach te komunikaty wysyła się jako półsygnały, jako bodźce podprogowe. Wystarczy, że matka cicho westchnie albo otrze łzę.
Moi klienci, rozliczając się z matkami, rozliczają się z obrazem matki w sobie, a nie z realną matką. Trudno dojść, jak było naprawdę. Owo rozliczenie to taki swoisty zabieg literacki, symboliczny, który ma na celu tylko uświadomienie możliwych ran. Pozwala na pracę z obrazem matki jako problemem tłumiącym jego osobowość. Trzeba to zrobić, żeby przestać ją oskarżać. Zrobiłaś mi to, ale jestem duży i w związku z tym zrobię to i to”. Jeśli pacjent takiego rozliczenia nie zrobi, będzie do końca szukał usprawiedliwienia: „Nie jestem za nic odpowiedzialny”. Psychoterapeuta powinien pomóc klientowi, żeby nie utknął na poziomie ofiary. Pacjent ma coś zrobić ze swoim życiem.

Uwolnienie się od sprawcy

Czy musi w życiu koniecznie nastąpić moment odreagowania, symboliczny akt rozprawienia się z toksycznym rodzicem?
JB: W przypadku naszych pacjentów – tak. Jeśli jednostka jest silna i potrafi sobie z tym poradzić, to do nas nie trafia. Natomiast osoba, która czuje się ofiarą, musi coś z tym symbolicznie zrobić i „to coś” rozciąga się od rozliczyć do przebaczyć. Przebaczyć to nie zapomnieć, bo zapomnieć to amnezja. Pytam czasem moich pacjentów, czy choćby z pobudek egoistycznych opłaca się dochodzić zadośćuczynienia. Czasem jednak powinno nastąpić jakieś przywrócenie sprawiedliwości, żeby sprawa została zamknięta. Miałem kiedyś taki przypadek: ojciec zostawił matkę z córką, a mama uniosła się honorem i nie chciała alimentów. Kiedy córka dorosła, wystąpiła o zaległe alimenty i wygrała sprawę w sądzie.
MB: To może wyglądać na przyziemną interesowność, ale w rzeczywistości nie chodziło o pieniądze – chodziło o zadośćuczynienie, takie, jakie było możliwe.
JB: W wyrównywaniu krzywdy dzieje się coś takiego, że ofiara chce przywrócić sprawiedliwość świata. Nawet jeśli się mści, to w imię najlepszych intencji przywrócenia porządku światu. Czasem jest taka opozycja: albo do sądu po alimenty, albo niczego nie chcę od winowajcy.

Wielu terapeutów jako element terapii stosuje tzw. uwalnianie gniewu.
MB: Znałam kobietę, która w czasie terapii uwolniła swój nieuświadomiony do końca gniew wobec toksycznej matki. Zachęcona przez terapeutę, podarła na strzępy materac symbolizujący jej matkę. Nigdy, w normalnych warunkach, nie zrobiłaby tego, nie wyzwoliłaby takiej mocy. Jednak to podarcie na strzępy materaca obrazowało tłumiony gniew, jaki miała wobec matki. Był tak wielki, jak ta wyzwolona energia. To ją oczyściło, wypłakała się i mogła zacząć normalnie żyć.
Jeśli z powodu jakichś ran z przeszłości nie mogę zwyczajnie funkcjonować, muszę stwierdzić, kto mi te rany zadał. Niektórzy przewodnicy duchowi mówią: wybacz natychmiast! Tylko że do tego jest potrzebne właśnie to wyrzucenie złości. Może to być wykrzyczenie bólu w zamkniętym samochodzie, podarcie materaca, pobicie jakiegoś przedmiotu symbolizującego sprawcę moich ran. Wyładowanie starej złości przynosi dużą ulgę. Potem robi się smutno i dopiero wtedy możliwe jest wybaczenie.

Czy rzeczywiście to wyładowanie jest konieczne? Czy nie jest możliwe przebaczenie na podstawie więzi z Chrystusem? Czy nie można dojść innymi drogami do prawdy, że przebaczenie jest najpotężniejszym uzdrowicielem?
JB: Myślę, że koncentracja na wyładowywaniu gniewu jest przerysowaniem jednego elementu. Proces rozliczania może być spotkaniem ze swoim gniewem albo i nie, ale jeśli ten gniew rzeczywiście jest, to nie możesz przejść ponad nim.
MB: Są dzieci, które nie potrafią się gniewać, bo u nich nawet odrobina gniewu zamienia się zaraz w żal. Są smutne i bezradne.
JB: Miałem pacjenta, dorosłego mężczyznę, siedział u mnie i szlochał zupełnie jak dziecina szlocha, nawet głos mu się zmieniał na dziecięcy. Dla mnie był to sygnał, że mam do czynienia ze „sfermentowanym” gniewem. Gniew zamienił się właśnie w żal nieutulony. Postanowiłem poszukać jego gniewu, ale niekoniecznie złości. Czym jest gniew? Na czym polega jego istota? Oczywiście można walić w materac – ale wystarczy też, że człowiek stanie i powie spokojnym, zdecydowanym głosem, że się nie zgadza. Myślę, że Pan Bóg po to wymyślił gniew, żeby człowiek potrafił nazwać sytuacje niegodne, przeciw którym trzeba protestować. Złość, agresja to nie jedyne drogi, jakimi można dojść do celu gniewu, czyli do konstatacji, że coś jest nie w porządku. Gniew daje siłę do protestu. Dzięki gniewowi ktoś jest w stanie powiedzieć matce, że ma swoje życie.

Czy da się przechytrzyć toksycznego

Mamy układ kilku osób, na przykład w rodzinie. Jedna z nich jest toksyczna. Jak jej zakomunikować, że jest toksyczna i że jeśli czegoś z sobą nie zrobi, zniszczy rodzinę? Przecież ona nie potraktuje takiej informacji jako próby uzdrowienia sytuacji, tylko spisek, zamach na swoją osobę. W jaki słaby punkt takiej osoby można się wbić?
JB: Jest to bardzo trudne, w związku z tym każdy zmagający się z tym problemem próbuje znaleźć gdzie indziej to miejsce. Czasem je znajduje, czasem czeka na zwrot metafizyczny, na jakiś kataklizm, czasem nasz toksyczny otrze się o śmierć swoją albo bliskiego. Z toksycznym problem polega na tym, że swój sposób myślenia buduje przez lata. Kiedy ja się wkurzę, kiedy jestem nieuważny, to mogę kogoś zranić, a potem przeproszę, bo moje zachowanie wynikało z emocji. Natomiast toksyczny nie działa impulsywnie, ale dzięki zwartemu systemowi przekonań. On ma argumenty, jego systemu nie można przewrócić jednym pchnięciem. W narracji toksycznego są albo stereotypy, albo skłamane słowa: „Dziecko, to dla twego dobra”. One wszystkie są spójne. Dlatego ich autor nie widzi, że są fałszywe. Kiedyś pytano Hemingwaya, jak się pisze dobre książki, i on powiedział, że pierwsze zdanie trzeba napisać prawdziwe. Natomiast nasz toksyczny robi na odwrót. Ma pierwsze zdanie fałszywe, skłamane, ale tego fałszu nie czuje, bo dalej wszystko jakoś poukłada.
Ja mam większe doświadczenie z ofiarami. Wzmacniam ofiarę. Sugeruję jej zwiększenie odległości od toksycznego i zbudowanie swoich granic.

A jeśli to oddalenie, opuszczenie skończy się tragicznie?
JB: Moim zadaniem jest ratowanie ofiary, czyli tych, którzy się do mnie zgłaszają. Mnie w pewnym sensie nie interesuje sprawca, rozmowa o nim grozi tym, że zajmiemy się plotkami. Ofiara jest chętna do tego, ale nie ma sensu rozmawiać o nieobecnych.

Ale toksyczny też jest na pewno ofiarą. John Eldreadge mówi, że problem polega na przerwaniu łańcucha ran. Sprawca kiedyś był ofiarą.
JB: Zgoda, być może wzmocniona przeze mnie ofiara nie zostanie sprawcą.
MB: Trzeba zbudować na nowym polu swoją samodzielność, a dopiero potem się zbliżać do toksycznego. Matka nie może mieć wglądu do kalendarza syna. On musi się odsunąć od matki i trzeba go w tym wzmocnić. Ksiądz albo przyjaciel musi mu powiedzieć, że już w Piśmie Świętym powiedziano: „opuszcza mężczyzna ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem”. To są ważne słowa Biblii, o których się nie dość pamięta.

Toksyczny został ogłoszony wrogiem społecznym. Mamy do czynienia ze swoistym polowaniem na toksycznego. Tylko że zwykle wszyscy mają poczucie jakiejś krzywdy, wykorzystania, a nie mają świadomości, że krzywdzą innych. Czy nie można toksycznego przechytrzyć? Na przykład zbieramy się wszyscy przy stole i mówimy, że nikt z nas nie jest wolny od toksyn i że trzeba, abyśmy coś ze swą toksycznością robili?
MB: To jest pułapka. Ofiara jest za słaba na podjęcie takiej gry. Toksycznego to nie wzruszy, niełatwo go spłoszyć, ma silne mechanizmy obronne, a ofiara jeszcze bardziej będzie przez niego upokarzana.
JB: To mogłoby się zdarzyć w toksycznych związkach, gdzie oboje małżonkowie są toksyczni naprzemiennie. Są wredni w zadawaniu sobie ran, serwowaniu złośliwości. Natomiast jeżeli mamy jakiś szerszy układ rodzinny, toksyczny, to musi wkroczyć ktoś z boku, element spoza układu. Ich patrzenie w środku jest inne, oni nie są w stanie wznieść się na poziom wspólnego rachunku sumienia, dostatecznego dystansu. Rodzina jest systemem rozdzielonych ról, wykonuje jakby rytualny taniec. Musi do tego układu wmieszać się coś, co te tańce zakłóci.
MB: Dla mnie takim zakłóceniem jest oddalenie i wzmocnienie osobowości ofiary, to jedyne, co może wytrącić toksycznego z jego tańca, zakłócić rytuał. Wielu z moich klientów to kobiety deprecjonowane przez mężów. Powtarzają się skargi. „Mój mąż nikogo nie szanuje, wszystkich krytykuje”. Przeważnie ta żona pracuje na tak zwane waciki, kosmetyki, a do tego prowadzi ogromny dom, zajmuje się dziećmi, co oznacza więcej niż etat. A mąż daje jej odczuć, że gdyby nie jego pieniądze, byłaby nikim. Mąż, nawet jeśli jest człowiekiem wykształconym, stał się zwykłym prostakiem. Sfrustrowanym prostakiem. Ja mam kilka takich kobiet, wzmacniam je, mówiąc, że muszą mieć swoją własną przestrzeń życiową. Kobiety muszą mieć swój kawałek życia. Czasem idą na studia, czasem malują i robią wystawę. Robią się mocniejsze i wtedy ten toksyczny musi się z nimi liczyć. Z czasem związek z toksycznym i tak się rozpada, bo toksyczny szuka nowszego, młodszego modelu do uzależnienia.

Czy mieliście do czynienia z uzdrowieniem toksycznego?
MB: Jeżeli ofiara urośnie, wzmocni się, to ma szansę destabilizować układ, a więc zmieniać w pewnym stopniu toksycznego, bo kulenie uszu zwykle go rozzuchwala.

Duchowni a terapeuci

Słyszy się niekiedy głosy duchownych, że psychoterapeutom zależy na kliencie, a nie na ratowaniu całej jego rodziny czy małżeństwa. Resztę układu zatapiają. Rzucają szalupę ratunkową swojemu klientowi, a statek niech idzie na dno. Czy ideałem nie jest wyleczenie małżeństwa?
JB: Ja swoje zadanie widzę raczej w towarzyszeniu mojemu klientowi, w jego próbie znalezienia swego powołania.

Mówi się też, że ulubionym hasłem terapeutów jest powtarzanie klientowi: „To nie jest twoja wina”. Podstawowym zadaniem jest uwolnić od poczucia winy.
JB: To jest uproszczenie, stereotyp, być może są tacy nieodpowiedzialni psychoterapeuci, ale to nie jest żadna norma. Skąd to uproszenie może się brać? Ja rzeczywiście mówię, że poczucie winy jest infantylnym uczuciem, stawiam je w opozycji do poczucia odpowiedzialności. Pławienie się w poczuciu winy jest czymś destrukcyjnym, bezowocnym.

No ale jest poczucie winy, które prowadzi do pokuty. Jest coś takiego, jak błogosławiona wina.
JB: Może to kwestia nazewnictwa, ja to nazywam poczuciem odpowiedzialności. Co mam zrobić, żeby naprawić szkodę? Na pewno nie babrać się w swojej winie, w swojej słabości, jakby samo poczucie winy miało być dowodem mojej cnoty i moralnej wrażliwości.
Moim zadaniem jest pomóc klientowi zrobić porządek w sobie i ten porządek musi objąć wszystkie elementy jego wewnętrznego świata. Zrobić porządek to nie znaczy wyrzucić jakieś elementy, ale wmontować w całość. On musi iść do przodu z tym wszystkim, co ma.
I dla mnie pierwszą zasadą jest iść krok za klientem. Wśród moich pacjentów są też osoby duchowne, świat, w którym oni składają swoje elementy, jest katolicki. Bywają też feministki i geje. Pracuję z nimi wszystkimi, jak z mniejszościami kulturowymi, czyli z jakąś grupą, która ma wizję, i ja w tym muszę się poruszać. Ja nie udzielam rad, bo to byłaby rada spoza ich systemu. To może być świat geja, biznesmena czy zakonnika. Miałem wśród swych klientów także księży gejów. Każdy z nich musi znaleźć rozwiązanie, harmonię w swoim świecie.

To na czym polega praca z gejem księdzem? Jaki on ma porządek zrobić w swoim systemie?
JB: On ma rozterki. Musi znaleźć porządek w świecie swoich przekonań i wartości. Jednym z najprostszych sposobów jest wysłuchanie.

Czyli płaci się za słuchanie?
JB: Słuchanie to wielka umiejętność. Mówienie czy pisanie pamiętników daje człowiekowi porządek. To się dzieje w terapii. Ja mu daję akceptację, a więc nadzieję, że to jego życie da się poskładać. Akceptacja dotyczy też tempa jego naprawy, przemiany. Kiedy udzielasz rad, to znaczy, że nie wierzysz w samodzielne rozwiązanie. Rada wynika często z niecierpliwości. Nie chcesz go słuchać, tylko chcesz, żeby jak najszybciej załatwił problem wedle twojej recepty.

A jak nie pomylić akceptacji z poklaskiwaniem? Terapeuta może nie powiedzieć prawdy, bo nie chce urazić klienta.
JB: Odpowiedzialni terapeuci pracują w superwizji, czyli omawiają skomplikowane przypadki ze starszymi, doświadczonymi kolegami. Poddają się oglądowi kogoś z boku. Dzielą się wątpliwościami z superwizorem. To zabezpiecza ich przed wpakowaniem się w ślepe uliczki. Nie wierzę, że psychoterapeuta świadomie pomyli akceptację z poklaskiwaniem.

Pełna publikacja artykułu „Przerwać rytualny taniec”: „W drodze”, styczeń 2009 r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.