Nienormalna reakcja na nienormalną sytuację jest normą.

wtorek, 27 października 2015

Złość nie jest zła


To, jak się złościsz, i że w ogóle dajesz upust takim emocjom w miejscu publicznym – jest informacją o tobie. Tylko o tobie – pomyślałam, wracając do domu pewnego październikowego popołudnia. Ale tamta kobieta nie była wobec ciebie w porządku, postawiłaś jej granicę – podpowiedział inny, cichy głos w mojej głowie.

Dziś na wspomnienie incydentu w sklepie uśmiecham się w myślach.

„To moje dziecko i odpowiadam za swoje zachowanie, nawet jeśli czasem puszczą mi nerwy”. Nie poskutkowało. „Dziękuję pani bardzo za dobre rady” – powtarzam wielokrotnie, przeciągając szczególnie owo: bardzo. Znowu nic. „Wiem, co powinnam” – powoli narasta we mnie furia, zwłaszcza że moja córka z upodobaniem zrzuca czapkę na ziemię (ta część sklepu znajduje się na świeżym powietrzu, a ciepło nie jest). Przechodzę zatem do sedna: „Ja nie chcę pani słuchać!”; szczególnie mocno brzmi ten wykrzyknik na końcu. Pudło. Ostatnie słowa rzucam już na odchodnym, ich siła zaskakuje mnie samą: „Swoje mądrości to niech pani wygłasza swoim dzieciom i w swojej rodzinie!”.

W tym przypadku niechęć do wdawania się w dalszą i, jak podejrzewam, bezowocną dyskusję wzięła górę nad ochotą pozostania w sklepie. Ale scenę, na której rozgrywa się kłótnia czy też dochodzi do ostrej wymiany zdań, nie zawsze można opuścić. W pewnej firmie spięcia pomiędzy dwiema osobami nią zarządzającymi były na porządku dziennym. Prywatnie – byli małżonkami, mieli dzieci i wspólny dom. W nim już ponoć nie rozmawiali. Świadkami utarczek słownych za każdym razem byli pracownicy, czasem ktoś oberwał rykoszetem. Jednak słowo: przepraszam, nie padło nigdy. Wojujący małżonkowie najwyraźniej nie zastanawiali się, że ich kłótnie z boku wyglądają śmiesznie, mało to – ich wysłuchiwanie jest po prostu kłopotliwe dla pracowników. A wydawałoby się, że praca, w której występuje się w jasno określonej roli, to nie miejsce na wybuchy spowodowane brakiem kontroli emocjonalnej.

Na temat złości odebrałam w swoim życiu wiele lekcji. Bardzo różnych. Czas na ich weryfikację przyszedł wtedy, gdy moje dziecko wkroczyło w fazę rozwojową, określaną przez niektórych mianem buntu dwulatka. Oj, ostro było. Na początku zaskoczenie, no bo niby dlaczego, tak z dnia na dzień, zaczęło szczypać, gryźć, bić, drapać. Takie spokojne i pogodne dziecko… Sporo się o tym naczytałam, konfrontując doświadczenia innych osób z własnymi. Oczywiście, przekopałam Internet i portale społecznościowe. Wzięłam nawet udział w specjalnych warsztatach dla rodziców. A na szafce obok łóżka od kilku dni leży napoczęta książka, o emocjach właśnie. Jak się jednak okazało, o wiele trudniejsze było zmierzenie się ze złością swoją, własną. A przy tym z poradami w stylu: Zachowaj anielską cierpliwość! Kto jak nie ty, rodzic! Uwielbiam je.

Wnioski nasunęły się same. Doświadczenie utwierdza mnie w przekonaniu, że emocje są nie po to, by sobie z nimi radzić – ale by je przeżywać. I nazywać. Dzięki temu duchy wychodzą z cienia. Tak samo jest ze złością. Rzecz jasna, nie zamierzam pouczać innych rodziców. Jestem ekspertką jedynie od własnego dziecka. Spokój, owszem, pomaga, ale i słowa pomagają. A może przede wszystkim one. Bo odczarowują rzeczywistość. Przecież złość, sama w sobie, nie jest zła. Przyznacie, że gdy ktoś jest wówczas obok i nie zaprzecza temu, jak się czujemy – jest łatwiej. „Widzę, że się złościsz”, „Pewnie się zdenerwowałaś”, „Rozumiem, że to dla ciebie trudne”, „Jestem z tobą”, „Poradzimy sobie”. Z drugiej strony zaś, jakże ważne: „Przepraszam, poniosło mnie”, „Nie chciałam ci sprawiać przykrości, choć twoje zachowanie mi się nie podoba”, „Tak naprawdę tak nie myślę”. (W istocie, takich i tym podobnych zwrotów jest bardzo dużo.)

Słowa są jak ziarno, wsiąkają w glebę. A nauka od wczesnego dzieciństwa na pewno przyda się w przyszłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.