Być normalnym, wymaga odwagi.

czwartek, 24 września 2015

Kto wymyślił balon

Foto: arch. pryw.
Zapytał mnie o to mój mąż, w czasie jednego z wrześniowych spacerów. Ja na to – patrząc na naszą córkę: A wiesz, dobre pytanie. Słowa zostały w mojej głowie i uznałam, że tak będzie brzmiał tytuł kolejnego wpisu. Właśnie o tych spacerach. I o moim żegnaniu się z Otwockiem.

To proces, który dzieje się we mnie. Nie czuję jednak smutku ani żalu. Nic z tych rzeczy. Nie ma też we mnie nostalgii za czasem minionym, za latami świetności miasta, o których dziś już można sobie tylko poopowiadać. Nie jestem stąd. Chodzę ulicami i oglądam stare budynki. Rejestruję. Tzw. drewniaki, z elementami w stylu świdermajer – to niewątpliwa chluba Otwocka.

Trochę jednak jest we mnie złości na to, że ktoś pozwala im niszczeć. Albo płonąć. A warunki bytowo-sanitarne w takich domach? Niegodne pozazdroszczenia. Tak, konserwatorzy zabytków to trudni rozmówcy. Przypominam sobie rozmowę z jedną panią, specjalistką wysokiego szczebla. Chodziło o odnawianie zabytkowej stolarki okienno-drzwiowej. Konserwatorka zapierała się, że ta może być tylko z drewna, i nie należy łączyć go ani zastępować plastikiem udającym drewno (popularnym PCW). Żadnych nowych, tzw. bezdusznych technologii czy form. Taki kult starości: nie dotykać, nie odświeżać, niech czas robi swoje. Fantastyczne.

Pamięcią cofam się jeszcze dalej. Wizyta na Wawelu, rok 2007. Idę z grupą dziennikarzy, atmosfera mało zabawowa, bo panie pilnujące porządku wzrokiem nakazują skupienie. Nawet oddycha się ciężko, powiedziałabym, powietrze w pomieszczeniach i na korytarzach jest wręcz zatęchłe. W jednej z sal dostaję niemalże po rękach, bo za bardzo zbliżam się do wiekowego i – co aż bije po oczach – wyliniałego arrasu. Po prostu mnie zatyka. Jasne, chrońmy pamięć, ale tak na miarę naszych czasów i możliwości, jakie daje cywilizacyjny postęp.

Podobne refleksje nasuwają mi się, gdy przemierzam otwockie ulice. Starość dla starości jest jak sztuka dla sztuki. Niedzisiejsze to. Muzeum Ziemi Otwockiej to tylko jeden z przykładów miejsc, w których czas się zatrzymał. Nie tylko w przenośni. Pod stopami skrzypią drewniane schody, budynek jest nieocieplony, a to niestety czuć, bo tego dnia słońce nie rozpieszcza. Choć gospodarze – dużo łaskawsi niż ci z Wawelu. Nikt mnie nie przegania, mimo że zbiory oglądam z kubkiem kawy w dłoni.

Ale i chodzenie otwockimi ulicami jest przygnębiające. A to potykam się o wystające kamienie czy nierówności, a to iść muszę jezdnią – bo jakoś nikt nie wpadł na to, że w XXI wieku w mieście powinny być chodniki. W dodatku brudzi mi się i niszczy obuwie, bo w większości przypadków droga jest nieutwardzona. (O tym, że z domu można wyjść w butach na obcasach, już prawie zapomniałam.) Łatwo nie jest, a przed sobą pcham przecież wózek. Z powodu tych dróg też jest we mnie dużo złości.

Dawny szpital psychiatryczny, tzw. Zofiówka – to już nie zabytek, ale ruina. Mam mieszane uczucia. Bo z jednej strony obiekt wprawia mnie w zachwyt, a z drugiej – chce mi się płakać. Ze ścian odpada tynk, okna powybijane, widać ślady ognia, pełno też zielska i śmieci. – Strasznie tu – wyrywa mi się z piersi. I zaraz dodaję: – Myślę, że gdybym sama była chora i trafiła do szpitala, przebywanie na takim odludziu, z dala od miasta, działałoby na moją niekorzyść. Ale kiedyś to był nowoczesny ośrodek – słyszę.

Kiedyś… Przyznam, że nie umiem tak myśleć. Po co rozpamiętywać, jak BYŁO? To zupełnie nic nie zmieni. No i znów irytacja we mnie rośnie, na to nicnierobienie. Dobrze, że z tych wrześniowych spacerów naznosiliśmy do domu trochę balonów. One mi przypominają, że czasem można wypuścić powietrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.