Uśmiech i brak komentarza bolą najmniej.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Chcę się modlić, czyli o nierównościach słów kilka


Na niedzielną mszę wybrałam się wyjątkowo w sobotę. Skwarne, sierpniowe popołudnie. Ubrana zapewne niestosownie, bo w krótkich spodenkach i bluzce na ramiączkach. Trudno. Zabrałam ze sobą wózek, bo choć moja córka już chodzi, ba, nawet biega – ja chyba wciąż liczę na to, że muzyczna oprawa mszy i podniosła aura ostudzą dziecięcy wigor. Tak, to jednak tylko takie moje pobożne życzenia. Wiedziona przeczuciem, stanęłam dyskretnie w bocznej nawie.

Zdziwiłam się, że choć sobota, kościół był prawie pełen. Ale to dobrze. Nie minęło 10 minut, gdy Marysia zaczęła domagać się wyjęcia z wózka. Dobrze, córko. Czy mam tłumaczyć, co to oznacza, gdy dziecko ma półtora roku i jest wręcz nieokiełznane w swojej chęci poznawania świata? No właśnie. Ale zależało mi, by w liturgii uczestniczyć również duchem. Przecież o to głównie chodzi. Zatem, nawet podążając za Marysią w kierunku drzwi wejściowych i odnosząc ją tam, gdzie zostawiłam wózek, nie przestałam śpiewać ani powtarzać liturgicznych formułek. Trudne, ale możliwe.

Moje zdziwienie było tym większe, że nie wyłowiłam żadnych nieżyczliwych spojrzeń. Raczej zaciekawienie, jakieś uśmiechy. Poczułam się dobrze. Czy nie takim miejscem powinien być kościół?! Skupiskiem ludzi, z których każdy jest na tyle, na ile potrafi być… Autentycznie i bez dewocji.

Kilka dni wcześniej doświadczyłam czegoś zgoła innego. Środek tygodnia, kościół na obrzeżach Otwocka. Zgodnie z oczekiwaniami, świątynia prawie pusta. Marysia, najwyraźniej oswojona z tym, gdzie się znajduje – po paru minutach rusza do biegu. Kierunek: drzwi wejściowe do kościoła – proszę bardzo. Nawa główna – tak, znamy to. Oczywiście, nie pozwalam córce wejść na ołtarz; zabieram ją również z ołtarza bocznego. Gdy przeciska się między ławkami, w których nikt nie siedzi, moje spojrzenie ląduje niechcący na księdzu. Ups! Kapłan zawiesza głos, w oczach widzę potępienie. Uzmysławiam sobie, że to nie pierwsza chwila podobnego zawieszenia w czasie tej mszy. Nie zastanawiając się dłużej, po prostu wychodzę. Tu nie ma się nad czym zastanawiać! W uszach brzmią jednak słowa Jezusa: Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie. Skrzeczący rozdźwięk pomiędzy tym co Boskie a tym co ziemskie. Niestety.

Z Marysią krążymy wokół kościoła. Msza jest z tych, na których być powinnam („w intencji”), więc za daleko nie odchodzę. W sumie to mogłabym nadal w niej uczestniczyć, myślę sobie, ale na to, by umieścić głośnik na zewnątrz budynku, nikt nie wpadł. Szkoda, bo przypuszczam, że w niedziele przychodzi tutaj więcej ludzi, również takich z małymi dziećmi, jak ja. Możliwość wysłuchania mszy byłaby znakiem, że kościół – jak to się mówi – otwiera się i na tę grupę wiernych.

Jedna pani pociesza mnie jeszcze, że dla rodziców z dziećmi jest tu specjalna kaplica, i leży tam specjalny dywan. Z przodu kościoła, po lewej stronie. Super! A w ogóle to najlepiej, żebym się nie denerwowała. Dziękuję życzliwej pani. Na to, by wywiesić stosowną informację, w widocznym miejscu – o dziwo, nikt nie wpadł. To chyba wolę sobie pochodzić z Marysią i pooglądać kamyki na drodze.

Nie jest moją intencją oczerniać duchowieństwo. Nie jestem też osobą, dla której taka historia to tylko kolejny puzzel do własnej układanki. W pamięci mam jednak różne migawki, z różnych świątyń. I to trochę uwiera. Zamiast kościoła, mogłam przecież wybrać galerię handlową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.