Nienormalna reakcja na nienormalną sytuację jest normą.

wtorek, 3 marca 2015

Przeprosiny nie dla pracownika


W pewnej małej firmie, szumnie nazywającej się wydawnictwem, zawrzało po publikacji jednego artykułu. Tekst dotyczył złych praktyk w branży, w której to wydawnictwo działa. Tak to jest, gdy dostawca półproduktów oznacza swój wyrób etykietką x, dowodzącą najwyższej jakości, jednak w istocie sprzedawany towar ma cechy klasy niższej niż sugerowana, powiedzmy y. Efekt? Produkt końcowy, wprowadzany na rynek, siłą rzeczy nie będzie spełniał odpowiednich wymagań. Zjawisko jest znane, ale nienazwane – już na wstępie zaznaczyła autorka. Przy czym podkreśliła, że żaden z jej informatorów nie wymieniał firm, które tak postępują. Sama również nie wskazywała nikogo palcem; choć nazwy firm, z przedstawicielami których rozmawiała – w publikacji padają.

Nie wiedzieć czemu, jedna z nich poczuła się urażona. Najpierw był telefon bezpośrednio do dziennikarki. Pan, który przedstawił się jako szef działu marketingu i reklamy, zaczął grzecznie: dlaczego przed drukiem nie przesłała artykułu do autoryzacji. Kobieta wyjaśniła, że jak to, przecież autoryzacja dotyczy tylko tekstów sponsorowanych, czyli zamawianych przez firmy. (Takich, można by powiedzieć, tekstów-laurek.) Poza tym, jak dowodziła, autoryzacja ma miejsce na wyraźne życzenie cytowanego rozmówcy i ten dostaje „do sprawdzenia” tylko stosowny fragment. Tak na marginesie: akurat Pan z PR powinien to wiedzieć.

Ale padło też pytanie, które sprowadziło kolejny telefon, jeszcze tego samego dnia. I druga rozmowa do przyjemnych już nie należała. Gdyby chcieć to ubrać w język prawa prasowego, dziennikarka „wyjawiła nazwisko osoby, która przekazała jej określony materiał, a która nie wyraziła zgody na ujawnienie swojego nazwiska”. Materiał, czyli potwierdzenie, że tak, złe praktyki rzeczywiście mają miejsce, i to wśród dostawców TYCH półproduktów. Bo żadnych więcej konkretów w artykule nie było. Można przypuszczać, że Pan z PR dość szybko rozmówił się z Drugim Panem, traf chciał – dyrektorem generalnym firmy. Ten zaczął bez ogródek: albo pani dostarczy mi dowód naszej rozmowy (tej, w której ów cenny materiał jest przekazywany), albo kontaktuję się z adwokatem i podaję panią do sądu.

No ale przebojem była dopiero trzecia rozmowa, która odbyła się face to face. Jak tornado wpadł do pokoju, w którym pracowała dziennikarka, jej szef, a właściciel wydawnictwa. Co tu się dzieje? Czy pani wie, że ja z Drugim Panem mam od lat dobre relacje, że to mój przyjaciel… Jak go pani potraktowała? Kobieta bowiem już wcześniej próbowała się bronić, a złożoną jej propozycję nazwała wprost: szantażem. Podczas rozmowy ze swoim szefem przypomniała tylko, że przecież czytał tekst, zanim gazetę wysłano do drukarni. Na nic się to zdało. Było walenie pięścią w biurko kobiety, papiery spadające na ziemię, krzyk i próby zastraszenia, że ma to sobie przemyśleć, a następnego dnia może już nie przychodzić itp. Dyrektor Generalny wkrótce otrzymał od niej pisemne przeprosiny. Ale to nie wszystko.

Kolejne przeprosiny, już oficjalne, od redakcji, pojawiły się w gazecie miesiąc później. A tuż obok obszerne wyjaśnienie – ze strony producenta – jak wygląda u niego proces produkcyjny i że generalnie jest ok. Dziennikarce przypisano intencje, których nie miała: podejście do tematu nazwano niefrasobliwym, zarzucono też błąd, który, niemal jak w szkole, nazwano KARDYNALNYM. Pewnie dobrze, że gazeta nie trafia do kiosków, a na biurka prezesów reprezentujących bardzo wąskie środowisko; w języku marketingowym należałoby to nazwać ofertą business to business. Ale i w tym tkwi szkopuł.

Historia, którą opowiadam, bądź co bądź: prawdziwa, jest dobrym przykładem na to, jak bywa pojmowany PR i jak PR-u nie robić. Dlaczego? W kontekście PR można mówić bardzo mądre rzeczy: że obejmuje wiele działań, m.in. wspiera wprowadzanie na rynek nowych produktów, pozwala na stałą obecność w mediach, że wiąże się z kształtowaniem strategii informacyjnej firmy, a w efekcie może być elementem budowania przez nią przewagi konkurencyjnej na rynku. Ale to jest jedynie coś w rodzaju autoportretu: firma o sobie mówi, jakoś też chce być postrzegana. Nie można jednak zapominać, że PR zaczyna się w domu – obok komunikacji zewnętrznej są też działania związane z komunikacją wewnętrzną. Najlepszy PR będą robić firmie jej pracownicy. Tych zaś, by czuli się za nią odpowiedzialni i byli lojalni, trzeba najpierw pozyskać. I sobie na to zasłużyć. Wierzę w to, że uczymy się przez całe życie i częstokroć na własnych błędach. I że sztuka ta dotyczyć będzie również PR-u.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.