Nienormalna reakcja na nienormalną sytuację jest normą.

czwartek, 29 stycznia 2015

Język nasz pojemny, piękny


Wynotowałam sobie ostatnio osobliwy zwrot językowy. Ewa Błaszczyk w jednym z wywiadów mówi, że udaje jej się balansować pomiędzy życiem, które wiedzie jako aktorka, a swoją działalnością społeczną, a to dzięki temu, że za każdym razem przesuwa energię w inny obszar. Z jednej strony czuję, że znakomicie ją rozumiem i zwrot pasuje mi jak ulał. Oto pracuję na blisko ośmioletnim już laptopie, i cóż, przyznaję, że są momenty, kiedy mam ochotę krzyczeć, bo sprzęt działa tak wolno. A gdybym tak od razu kupiła nowy komputer, znaczy się – nie wstrzymywała się z tą decyzją, mam szansę (właśnie!) przesunąć swoją energię w inny obszar, nie tracąc jej na nerwy. Takie spalanie się przy starym sprzęcie jest zupełnie niepotrzebne.

Z drugiej zaś strony zaczęłam się zastanawiać nad słowem: obszar, bo z jego powodu coś mi tu językowo chrzęści. W Internecie pełno jest ogłoszeń, typu: poszukiwany specjalista w obszarze… czy to księgowości, realizacji zamówień, finansów, czy zarządzania. Przykłady można by mnożyć. Pojęcie na dobre zaistniało w branży HR, wkradło się też do edukacji. Zaczęłam pytać innych. Obszar kojarzy mi się z terenami, np. zielonymi czy leśnymi, przestrzenią w znaczeniu geograficznym – mówi znajomy polonista. Po chwili dodaje: Specjalista w obszarze? Nie, to jakiś bełkot marketingowy. Zdegustowana sformułowaniem okazała się również moja ciotka, reprezentująca pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Dla niej to po prostu brzmi dziwnie, jest uproszczeniem. Nie nazwałabym siebie specjalistą w obszarze pulmonologii – dowodzi. Raczej specjalistą do spraw albo w zakresie.

Tak, brzmi dziwnie, mało swojsko, i dziś przyznaję rację redaktorom, którzy owo: w obszarze albo z obszaru (np. użyte w zwrocie: zajmować się zagadnieniami z obszaru) wykreślali z moich tekstów. Jak widać, przydała się dłuższa przerwa w kontaktach ze światem biznesowo-urzędniczym. Zresztą może naleciałość pochodzi nie z urzędniczego żargonu, ale języka obcego, chociażby angielskiego? Niewątpliwie nie jest to nasz piękny język polski.

I jeszcze przykład ciekawego pojęcia, choć ze względu innego niż poprawnościowy. To: komfort cieplny. Dziwoląg słowny? Chyba trochę tak. W polskim języku kiedyś go nie było, bo nie istniał temat energooszczędnego budowania. Owszem, dzisiaj są już próby definicji, ale niewtajemniczonym mogą się wydawać nie do końca jasne. Bo jak odnieść się do wyjaśnienia takiego, jak stan zrównoważonego bilansu cieplnego? Przez lata pisałam o unowocześnianiu starych budynków, tj. ocieplaniu ich, wymianie okien na tzw. ciepłe itp., choć pojęcie komfortu cieplnego powtarzałam niejako z rozpędu, nie próbując wgryźć się w jego istotę. Do czasu… Bo zrozumienie przyszło samo, gdy takiego komfortu w moim otoczeniu zabrakło. A chodzi o dom, w którym mieszkam; na szczęście, tylko tymczasowo. Mimo nowego i sprawnego pieca gazowego nie raz doświadczyłam tu dojmującego uczucia zimna, które przenika aż do środka i powoduje, że przemierzając przestrzeń, nie masz nawet odwagi wyciągnąć ręki – gdyż czujesz ból. Masz przy tym świadomość, że wolniej krążą ci myśli i nie funkcjonujesz na pełnych obrotach.

Jestem pełna podziwu dla naszych przodków, którzy mieszkali – jedli, spali, uczyli się, pracowali, spędzali czas wolny – w nieocieplonych domach i mieszkaniach. I jakże to cenne doświadczenie dla mnie, wychowanej w mieszkaniu z centralnym ogrzewaniem: frustracja z powodu braku komfortu cieplnego! A gdy już nie łamię sobie głowy nad tym, że mi zimno, swoją energię mogę… spożytkować na coś innego niż myślenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.