Być normalnym, wymaga odwagi.

sobota, 13 grudnia 2014

Niepisane zasady, staromodne słowa


Załatwić coś tutaj przez rejestrację jest najtrudniej – powiedziała mi lekarka rodzinna w przychodni, do której chodzę. Wyniki badań, z którymi miałam się do niej zgłosić, zostawiłam właśnie w rejestracji, ale panie nie wiedziały, co powtórzyć. Lekarka zresztą, spojrzawszy na dokument, i tak chciała się ze mną zobaczyć. Odebrałam telefon, że mam przyjść następnego dnia. No nieźle, bo żeby zapisać się do niej na wizytę, czyli pobrać numerek – ludzie ustawiają się w kolejce już o piątej nad ranem. Jest podobno najlepsza.

Poza kolejką udało mi się do niej dostać dwa razy. Przez przypadek. Pani doktor jest bardzo solidna i często zostaje po godzinach pracy, zajmując się papierologią; to dobry moment, by się niespodziewanie zjawić. (Nawet panie w rejestracji są łaskawe: doktor jeszcze jest u siebie, niech pani zapyta, czy panią przyjmie.) Próbować można też pod koniec oficjalnych godzin dyżurowania, na zasadzie: przepraszam, kto z państwa teraz, ja tylko o coś zapytam, jeśli można. Jak się przekonałam, o wizytach decyduje lekarz. Fakt, na moją korzyść działa to, że jestem młodą mamą i poruszam się z wózkiem. Nietrudno się jednak połapać, że ustalony system zapisów do lekarza to jedno, a faktyczne, czyli niepisane zasady przyjęć – to co innego. Działa też jeszcze na szczęście zasada uprzejmości, czyli po prostu ludziom zdarza się wpuścić kogoś w kolejkę, na to wyczekane, wystane przez siebie miejsce.

O, i nie mogłabym nie wspomnieć, że dzięki zasadzie uprzejmości wobec kobiet z małymi dziećmi, wczoraj udało mi się ominąć dwadzieścia osób, które stały z numerkami przed pracownią RTG w pewnym powiatowym szpitalu. Oczywiście, w takich sytuacjach warto pamiętać o staromodnych już ponoć słowach: proszę, dziękuję, przepraszam. Czy mogę? Ale na pewno nie: bo mnie się należy.

O telefonicznych zapisach do lekarza, czyli de facto próbach dodzwonienia się do rejestracji, krążą już bez mała legendy. Włączył się w to nawet NFZ. Słyszałam, że zachęca pacjentów, by zgłaszali, gdzie nie mogą dodzwonić się do przychodni… urzędnicy funduszu mieliby to sprawdzać, podając się za pacjentów. Uff, akurat takiego problemu nie miałam. Na opór natrafiłam jednak w trakcie samej rozmowy (pani przyjdzie rano, od siódmej trzydzieści wydajemy numerki) i rejestratorki zapytałam po prostu, co mi radzi. Nie, nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że jest to branie kogoś na litość. Ze względu na małe dziecko, taka poranna eskapada nie wchodzi w grę.

Nie sprawdzi się też zapewne powoływanie się na różnej maści odgórne ustalenia. Jeden z prawników dyżurujących na popularnym forum internetowym wprost mówi, że jeżeli w przychodni funkcjonuje jakikolwiek regulamin, to jest on WEWNĘTRZNY, a zatem szanse, by go dostać, sprawdzić, coś wyjaśnić – są raczej marne. „Nie widzisz, że to droga donikąd? Idź do szefa przychodni i nakrzycz, to cię zarejestrują, ale problemu w ten sposób nie rozwiążesz”. Osobiście nie czuję się upoważniona doradzać komukolwiek, ale sądzę, że na każdą, nawet najbardziej oporną panią z rejestracji czy innego biura, można znaleźć sposób. Tu potrzeba jednak umiejętności tzw. miękkich. I sprytu.

Jak powiedział mi kiedyś przedsiębiorca, który próbował dodzwonić się do francuskiej firmy, we Francji (tu dodatkowo była bariera językowa): Najważniejsze, żeby udało przebić się przez sekretariat, bo ten jest na pierwszej linii. Jeśli dalej połączą cię z kimś z menadżerów, dyrektorów czy choćby nawet specjalistą od zakupów, prawdopodobieństwo, że będzie to osoba znająca język angielski – wzrasta.

2 komentarze:

  1. Niestety prawdziwe wartości są obecnie lekceważone, uważane za przestarzałe czy niemodne. Dlatego wbrew zanikającym tradycjom postanowiłam rozwijać swoje zainteresowania i kształtować charakter w Akademii Królowej Jadwigi w Poznaniu. Basia

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.