Odpowiedzi przychodzą do tych, którzy mają odwagę pytać.

wtorek, 25 listopada 2014

Ciemne strony życia firmy

Kim jest szef, który mówi ci, że jesteś głupi i niekompetentny – bo efekty twojej pracy odbiegają od jego oczekiwań (o których cię zresztą nie poinformował). A na wzmiankę, że starasz się jak możesz, odpowiada z zaciekłością: to źle się pan stara.

Ten sam szef w sytuacji, gdy wyrażasz inne zdanie niż on, wali pięścią w stół tak, że rozsypują się wszystkie kartki. Musiałeś się jednak odsunąć, by nie uderzył ciebie.
Obniża ci ruchomą część twojego wynagrodzenia (a więc tę nieozusowaną), nie informując cię o tym wcześniej. W rozmowie okazuje się, że – jak widać – nie ma już dobrej woli, by płacić ci tyle co do tej pory. Powód? Na to pytanie nie odpowiada.

Coroczny dwutygodniowy urlop to efekt przepychanek słownych, nacechowanych agresją. Gdy oponujesz, że masz prawo do tak długiego urlopu (usankcjonowane przepisami), dowiadujesz się, że prawo w jego firmie to masz tylko do zwolnienia. W ogóle stwierdzenia, że jeśli coś się nie podoba, to nie musisz tu pracować – są na porządku dziennym. Podpisując wniosek urlopowy nadmienia, że jeszcze tego pożałujesz.
Wyrwane z pamiętnika
Dziś znowu mi groził. Zwolnieniem z pracy. Pewnie dlatego, że właśnie wybieram się na urlop. Próbowałam negocjować 10 dni wolnego, powołując się na Kodeks pracy. Powiedział, że prawo to mam do zwolnienia. Nienawidzę go. (…)
Kolejny przykład: gdy z dumą przedstawiasz mu coś, o zrobieniu czego przypomniał ci przed tygodniem, a nad czym w rzeczywistości pracowałeś od kilku (to nie jedyny twój obowiązek i on o tym wie; poza tym współpracujesz z ludźmi, a tym też zdarza się spóźniać) – kwituje to stwierdzeniem: jak pan chce, to pan potrafi.

Charakterystyczne jest też to, że po którymkolwiek z opisanych wyżej incydentów (a to nie jest pełna lista), następnego dnia szef zjawia się w pracy rześki, uśmiechnięty, tryskający dobrym humorem, jakby nic się nie stało. Zaczepia innych i zagaduje. W tym ciebie.

Jednak nigdy nie usłyszałeś: przepraszam, albo: poniosło mnie.
Dziś zapytał: jak się udał ten pani urlop? Po moim: dziękuję, udał się, dodał: a pani wie, że w tym roku wykorzystała już pani 50 dni, nic pani nie robi – tylko wypoczywa. Ja: to ciekawe, bo z zeszłorocznej puli zostały mi jeszcze 24 dni. Proszę sprawdzić w kadrach. On napiera jednak dalej: to nieprawda. Sprawdzę to i wszystko anuluję. Jego ton głosu pozostaje jeszcze niby taki żartobliwy, choć brzmi już w nim groźba. Ja: proszę mnie nie straszyć. A później: nie rusza mnie to, co pan mówi – już zdecydowanym tonem. Choć czuję, że język mi zesztywniał. Nie rusza pani? Pada zarzut, że nie znam się na żartach, potem zaś żądanie, że powinnam dostosować się do jego poczucia humoru i tego panującego w JEGO firmie, bo inaczej – będzie się musiał zastanowić, co ze mną zrobić. I żebym ja też się zastanowiła.
Takie zachowania z pewnością nie są zdrowe i nie można temu biernie się podporządkowywać. Pracownicy, którzy tak robią, nawet nieświadomie nazywając to normą albo normalką – tkwią w jakimś dziwnym, zamkniętym kręgu. Jakby ktoś rzucił na nich klątwę, a świat poza tym jednym człowiekiem nie istniał. To ofiary.

Tyle życie. Na temat tego, jaki powinien być szef, napisano już pewnie opasłe tomy. Niektórzy lubią wręcz mówić o szefie idealnym, ale czy to nie nadużycie? Nie ma przecież ludzi idealnych, tak samo jak nie ma pracowników idealnych. Pomijając różne mądre teorie na temat przyczyn dopasowania pracodawców i podwładnych oraz rady, jak tego niedopasowania uniknąć – jedno jest pewne: na szefa nie każdy się nadaje.

Wpis inspirowany prawdziwą historią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.