Być normalnym, wymaga odwagi.

sobota, 2 lutego 2013

Sen o awansie


Dobrze zaprojektowany system ścieżek karier czy choćby jakakolwiek możliwość awansu w firmie – to coś, co pracodawcy pozwala budować swój atrakcyjny wizerunek na zewnątrz. Z drugiej strony, dzięki temu ma on szansę przyciągnąć jak najlepszych kandydatów. A to przecież ważne, bo w ten sposób ma i wykwalifikowaną kadrę, i lojalnych pracowników. Choć też nie przesadzajmy: nie raz awans zdarza się tak po prostu, a główną tego zasługą są otwartość na współpracę, umiejętności interpersonalne i spryt zatrudnionych osób. Jak pokazuje praktyka, obecnie w większości krajów Europy Zachodniej szanse na awans są większe niż w Stanach Zjednoczonych, które przez lata uchodziły za kraj, w którym możliwe są kariery od pucybuta do milionera.

Przykład na to, poniżej.

* * *
Ze Zbąszynia na stołek prezesa

Marek studiuje zarządzanie i marketing na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Z marką Quadri-Foglio utożsamiany jest od roku, od kiedy został prezesem firmy handlującej wysokiej jakości odzieżą dziecięcą. Ten otwarty i bezpośredni w kontakcie 22-Iatek zaczynał karierę w firmie od… zamiatania schodów.

Wtedy jeszcze miał niewiele do zaoferowania. Po skończeniu liceum w rodzinnym Zbąszyniu, miasteczku, które liczy około 7 tys. mieszkańców i ma jeden ogólniak, postanowił przenieść się do Poznania na studia.
– Wiedziałem, że w Zbąszyniu nie ma dla mnie żadnych perspektyw, a mogę dać z siebie więcej – wyznaje Marek.

Pochodzi z niezamożnej rodziny, musiał więc liczyć się z tym, że jeśli dostanie się na wymarzony kierunek studiów dziennych, to rodzice nie będą w stanie dalej go utrzymywać. Jego losy potoczyły się inaczej niż planował. Mówi jednak, że dziś bardzo cieszy się z wyboru, do którego zmusiło go ówczesne położenie.

O niepowodzeniach bez wstydu

Chciał studiować turystykę i rekreację na AWF, bo przez 8 lat trenował lekkoatletykę. Zdał egzamin, ale nie dostał się z braku miejsc. – Miałem zawsze zapał i upór, jednak sportem zajmowałem się bardziej dla przyjemności, w celach koleżeńskich, niż dla osiągnięć – komentuje Marek. Kolejnym pomysłem był popularny kierunek: zarządzanie i marketing na uniwersytecie. Znów: zdany egzamin, ale lokata w pierwszej dziesiątce pod kreską. Trzeci raz spróbował na Politechnice Poznańskiej, na obleganym kierunku budowy dróg i mostów. Zdał, został przyjęty, ale jeszcze przed rozpoczęciem nauki zrezygnował. – Wiedziałem, że to nie to, co chciałbym robić w przyszłości – tłumaczy.

Tym intensywniej szukał pracy. Dzwonienie po firmach wspomina jako koszmar: – Rozmowa przez telefon stanowiła dla mnie duży problem. Nie miałem obycia, telefon w domu założyli mi ledwie rok wcześniej. Nie byłem odważny, nie pamiętam nawet, jak udało mi się zdecydować na wyjazd do dużego miasta.
W ostatnim momencie, tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego, ktoś ze znajomych polecił mu poznańską Wyższą Szkołę Umiejętności Społecznych.

Kariera po amerykańsku

Fakt, iż w tym samym czasie znalazł pracę, traktuje jak przypadek. – Przechodząc ulicą, zwróciłem uwagę na nazwę firmy. Skojarzyłem, że w gazecie było ogłoszenie i należy zgłaszać się osobiście. Wszedłem do budynku i do dziś jestem – opowiada Marek.

Właściciel firmy Thai-Mark, która wtedy się rozrastała, potrzebował osoby z dobrą znajomością języka angielskiego i komputera. Z perspektywy czterech lat Marek ocenia swoje ówczesne kwalifikacje jako marne. Jak się później dowiedział, pracodawca przyjął go na intuicję.

Znajomi mówią, że zrobił amerykańską karierę. Firma była akurat świeżo po remoncie, więc liczyły się każde wolne ręce. – Byłem takim chłopcem od brudnej roboty. Pierwszego dnia zamiatałem schody, drugiego – magazyny, trzeciego – zapoznawałem się z ich składem, odbyłem też rozmowę wstępną, a czwartego dnia zacząłem nosić kartony – wylicza dzisiejszy prezes.

Kiedy nie sprawdził się człowiek przyjęty razem z nim, właściciel zaczął wprowadzać Marka w kontakty z zagranicznymi fabrykami. Chodziło o tłumaczenie informacji, pisanie i wysyłanie faksów. Marek sam doskonalił swój angielski. Po 15, gdy wracał z magazynów i nikogo już w firmie nie było, siedział nad słownikiem i przypominał sobie słówka. Zajmował się korespondencją. Praktycznie spędzał w pracy całe dnie.

Ze studiami w tle

Studia zaczęły kolidować z pracą po objęciu przez Marka stanowiska prezesa. Lubi się uczyć, ale tego, co go interesuje. Teraz jest na pierwszym roku magisterskich studiów uzupełniających i choć uczy się w trybie zaocznym, to podwójnie odczuwa uciążliwość swojej sytuacji. – Przedmioty w poprzedniej szkole łatwiej wchodziły mi do głowy, a na uniwersytecie mam kilka takich finansowo-matematycznych, na których za dobrze się nie znam. Poza tym często po całym dniu trudno znaleźć mi tyle sił, by jeszcze wieczorem usiąść i skoncentrować się – wzdycha prezes.

Studia pomagają mu jednak w pracy, i na odwrót. Marek uważa, że oprócz sympatii pracodawcy, swego naturalnego sposobu bycia i uporu, to właśnie praktyka zdobywana jednocześnie z wiedzą teoretyczną pozwoliły mu dojść tak wysoko. Rady starszych, piastujących podobne stanowiska kolegów ze studiów szczególnie pomogły mu w radzeniu sobie z podwładnymi, od których niejednokrotnie okazywał się młodszy.

Rady Marka:

• Zdobywaj wiedzę, bo czas poświęcony nauce – oczywiście w połączeniu z praktyką – umożliwia rozwój na danym stanowisku.
• Zawsze dąż do jakiegoś celu, rób wszystko, by go osiągnąć, bądź uparty; niczego sobie nie odpuszczaj, bo to się utrwala.
• Licz na łut szczęścia.
• Pozostań naturalny, choć w praktyce wykorzystuje się często pewne wyuczone techniki zachowań.
• Dwa języki to podstawa. Nie musisz znać ich biegle, ale na tyle, by sprawnie się porozumiewać; pozwala to np. na swobodne załatwianie spraw zawodowych za granicą.

Pełna publikacja mojego artykułu: „Rzeczpospolita”, 17.04.2002

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.