Być normalnym, wymaga odwagi.

czwartek, 15 listopada 2012

Znikające pieniądze

Suma pieniędzy z unijnej kasy, o jakie w ostatnich latach starać się miała Polska, jest według różnych źródeł różna. Według portalu Forsal.pl, od 2007 roku aż do teraz samorządy – które są głównymi beneficjentami unijnych funduszy – złożyły prawie 58 tys. wniosków o dofinansowanie projektów. Ich łączną wartość szacuje się na 177 mld zł, a unijne dofinansowanie wyniosło niecałe 120 mld zł (por. publikacja z 3.11.2012). Z kolei zdaniem dziennikarzy „Gazety Polskiej Codziennie”, kwota ta jest wyższa, bo w tym samym okresie ponoć już dostaliśmy przeszło 208 mld zł (publ. z 28 czerwca 2012).

Zapewne wymienione przeze mnie kwoty to tylko przykłady. Cyfry przytoczyć jest łatwo, natomiast gorsze wydaje się to, że – mimo zapewnień – nikt w rzeczywistości nie wie, ile pieniędzy zasiliło samorządowe kasy. I ile zostało wydane na właściwe cele: tworzenie nowych miejsc pracy oraz ważnych, bo mających przynosić zyski instytucji, wspieranie najbardziej przedsiębiorczych mieszkańców wsi i miast, dalej budowę boisk, pływalni czy stadionów, również parków i oczyszczalni ścieków, nowych dróg i ulic, wreszcie renowację zabytków.

Zastanawiać można się też, ile cennych projektów nie doczekało się finansowania, bo… w istocie nie spełniało wymogów konkursowych. Z dostępnych danych wynika, że aż 17,3 tys. wniosków, czyli niemal jedną trzecią wszystkich, odrzucono na etapie oceny merytorycznej. Powody? Brak pozwoleń na budowę planowanych inwestycji, zaprojektowanie ronda bez odpowiedniej przepustowości czy też nieuwzględnienie w projekcie ważnego skrzyżowania. I znów, to tylko przykłady. Oczywiście, zapytać można, na co idą niewykorzystane pieniądze. Okazuje się, że korzystają z nich głównie ci, którzy kontrolowali bądź kontrolują wydatkowanie unijnych funduszy. Przeznaczają je więc na tworzenie biur, zakupy mebli i sprzętu oraz zatrudnianie krewnych. Słono kosztuje też realizacja programów, które sprowadzają się do organizowania spotkań, szkoleń i konferencji oraz sporządzania biurokratycznych raportów. A i przygotowanie samego wniosku o dofinansowanie, za który odpowiada zewnętrzna firma konsultingowa, zwłaszcza związanego z inwestycją infrastrukturalną – to nierzadko koszty opiewające na dziesiątki tysięcy złotych.

Kolejnym problemem są długi, jakich narobiono sobie przy okazji gromadzenia środków przeznaczonych na tzw. wkład własny. W przypadku większości dotacji z UE obowiązuje bowiem zasada refundacji: najpierw trzeba zainwestować własne pieniądze, a potem do wniosku o płatność dołączyć faktury z zakupów. Gdy wszystko się zgadza, można liczyć na 50 lub 60 proc. zwrotu poniesionych kosztów. Pieniądze na wkład własny pochodziły jednak głównie z pożyczek i kredytów, a te wymagają teraz spłaty. Jakby tego było mało, na bieżąco są też potrzebne pieniądze na utrzymanie obiektów i korzystających z nich instytucji, w tym wynagrodzenia dla pracujących tam osób. Wpływy samorządów bardzo rzadko przewyższają zaś koszty.

Cóż, pisanie o funduszach unijnych i próba relacjonowania tego, co się dzieje, jest jak otwarcie puszki Pandory. Można by spuentować, że jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Pewnie tak. Szkoda, że na ten temat tak mało jest „twardych” danych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.