Nienormalna reakcja na nienormalną sytuację jest normą.

czwartek, 27 września 2012

Nasze drogie mróweczki

Piątek, godzina dziewiąta rano. Chodnikami jednego z warszawskich osiedli przemieszcza się grupa osób ubranych w jaskrawożółte kamizelki i czapki. Tuż za nimi jedzie samochód. Na oko nie widać, ale wystarczy podejść i zagadać, a okazuje się, że kogoś dotknął uraz psychiczny, ktoś nie ma ręki czy niedowidzi, ktoś inny zmaga się z chorobą nowotworową.

To pracownicy stowarzyszenia Niepełnosprawni dla Środowiska – EKON. Chodzą od domu do domu, od klatki do klatki, skąd wynoszą torby pełne odpadów: gazet, książek, butelek po napojach, słoików, plastikowych kubków, puszek, opakowań wielomateriałowych typu tetrapak, baterii. Nie zbierają odpadów organicznych, np. resztek jedzenia. Mechanizm wymiany toreb jest prosty. Mrówki – bo tak się nazywają – zabierają spod drzwi wypełnione. W ich miejsce zostawiają zwinięte w rulonik czyste.

Zbierają się cztery razy w tygodniu, pracują od ósmej do czternastej – gdy mieszkańcy są w pracy lub szkole, by nikomu nie wadzić. Teraz, w czasie wakacji, robota idzie dużo szybciej, bo ludzi nie ma w domach, więc odpadów jest mniej, a ze względu na upał mrówkom zależy, by skończyć wcześnie. Ale nieraz – co przyznają nadzorujący pracę grup brygadziści (również będący osobami niepełnosprawnymi, lecz z takimi problemami, które nie przeszkadzają im kierować grupą) – trzeba zrobić kilka kursów, by zebrać torby od wszystkich mieszkańców danego budynku. Jest tego dziennie kilka małych samochodów dostawczych.

Szczytna idea

Złożyło się jak klocki jednej układanki: ochrona środowiska okazała się niezajętą niszą, celem stowarzyszenia było znalezienie pracy osobom niepełnosprawnym. Marek Łukomski, przewodniczący Rady Programowej EKON, który od lat zajmuje się organizowaniem miejsc pracy dla ludzi zagrożonych wykluczeniem, opowiada, że nie udało mu się poprzednie przedsięwzięcie na zlecenie Warszawy, jednak postanowił nie dać za wygraną. Wymyślił coś, co sam nazywa przedsiębiorstwem społecznym, a raczej jego pilotażowym projektem. – Znaliśmy już trochę rynek. Jeździliśmy za granicę, by podglądać, jak z podobnym problemem radzą sobie inni. Byliśmy w Wielkiej Brytanii, Norwegii, Hiszpanii, wzorcem stała się dla nas irlandzka organizacja Rehab – mówi.

EKON działa na terenie czterech spółdzielni na Ursynowie i zatrudnia 220 osób. – 30 kolejnych, gotowych do pracy, czeka w kolejce, bo prowadzone są rozmowy z innymi spółdzielniami i dzielnicami. Interesują nas zwłaszcza duże blokowiska, tam znajdzie się zajęcie dla wielu nowych mrówek – mówi Elżbieta Gołębiewska, przewodnicząca EKON.

Przed mówieniem o sukcesie założyciele stowarzyszenia na razie się bronią, ale odpowiedź na pytanie, dlaczego pomysł się sprawdza, wydaje im się oczywista. To dzięki życzliwości i akceptacji ze strony mieszkańców – podkreślają. – Najbardziej obawialiśmy się, że ludzie będą się nas bali. Wiadomo, ze osoby niepełnosprawne wyglądają różnie, zachowują się też czasem dziwacznie: ktoś kuleje, ktoś pociąga nogą, ma jakiś tik – dodaje Gołębiewska.

Wyjść z domu, do swoich

Stowarzyszenie współpracuje z dziewięcioma firmami, w tym czterema zakładami pracy chronionej. Pracownicy EKON są zatrudniani przez nie, a następnie wypożyczani. – Chodziło o to, by nie było wydumanych kosztów i by można było właściwie skupić się na celu – tłumaczy Łukomski.

W samym stowarzyszeniu stworzono stanowisko będące nadbudową do zatrudnienia – to pracownik ochrony środowiska.

O tytule tym świadczy odbyte na początku szkolenie. Daje ono zarówno wiedzę ekologiczną, jak i terapeutyczne wsparcie. — Dla nich to jest szalenie istotne, bo po szkoleniu dostają certyfikaty, mają umocowanie formalne i nie czują się już śmieciarzami czy pracownikami trzeciej kategorii. Słowo „śmieci” ma zabarwienie pejoratywne, zawsze kojarzy się z czymś odrzuconym i niepotrzebnym – przekonuje Gołębiewska.

Większość osób o tej pracy dowiaduje się przez urząd zatrudnienia i w wielu przypadkach mogą mówić o pierwszych w ogóle bądź pierwszych od dawna samodzielnie zarobionych pieniądzach. – Jestem na rencie. Trzy lata temu zachorowałem na raka i mam teraz nawrót – właśnie czeka mnie druga chemia. Tutaj pracuję od czerwca, a dwa miesiące siedziałem w domu, patrzyłem w okna i się dołowałem. Takich jak my nikt nie chce zatrudniać – żali się Janusz. – Sprawa pieniędzy jest niebagatelna, a EKON daje przede wszystkim szansę na wyjście z domu, poznanie ludzi, robienie czegoś choćby przez kilka godzin – mówi wyglądający na 50-latka mężczyzna, który nie chce zdradzić swojego imienia. Jest chory na serce.

– Znamy się dobrze, znamy swoje możliwości i żyjemy w zgodzie. Chodzimy po dwie, trzy osoby – ludzi dobiera się według schorzenia. Żeby jeden sprawniejszy pomógł drugiemu, bo bez tej współpracy nic by nie było. Atmosfera jest wspaniała, nikt nad nikim nie panuje – dorzucają inni.

– Idea wychodzenia z tzw. gett do ludzi zdrowych jest słuszna, ale oni w swoim gronie czują się zdecydowanie pewniej. Najbliższe osoby czy współpracownicy mają podobne problemy. Nikt nie dziwi się ich wadom i nie potrzebuje czasu, by do tych wad przywyknąć – komentuje Tomasz Kościelecki, który nadzoruje pracę wszystkich brygad.

Nie chcą zapeszać

Jeżeli ktoś nie radzi sobie jako mrówka, dostaje jeszcze jedną szansę – jest przenoszony do pracy w sortowni, która znajduje się w sąsiadującej z Ursynowem przemysłowej dzielnicy Warszawy. Tu produkty są wysypywane z toreb i na specjalnej kilkunastometrowej linii rozdzielane na poszczególne grupy surowców. Zarabia się tyle samo, ale na pewno można mówić o większym komforcie pracy: nie wymaga ona dużej aktywności, nie jest się narażonym na zmienne warunki atmosferyczne. Czasami zaś przenosiny wydają się konieczne. Elżbieta Gołębiewska wspomina młodą kobietę, która bardzo chciała pracować, jednak cierpiała na klaustrofobię i bała się klatek schodowych.

Spróbować więc w EKON może każdy, kto ukończył 18 lat. Sprawnym trzeba być na tyle, by móc poruszać się na własnych nogach. Nie przeszkadzają: cukrzyca, głuchota, choroby genetyczne powodujące częściowe zniekształcenie kończyn, np. palców, lekkie upośledzenia umysłowe. Jak twierdzi Gołębiewska, która z mrówkami jest codziennie i z nimi rozmawia, osoby dotknięte nerwicą, depresją czy schizofrenią funkcjonują szczególnie dobrze, a rotacja w całej grupie jest znikoma. – Przeciwwskazania dotyczą osób z epilepsją i chorych na astmę, choć ostateczną decyzję wydaje nasz lekarz zakładowy. W przyszłości myślimy również o osobach najbardziej wykluczonych, czyli więźniach – dodaje.

Na razie plany na przyszłość robione są jednak z dużą ostrożnością. Chętnych do pracy jest mrowie, ale najpierw muszą być dodatkowe samochody. A na to potrzeba pieniędzy. Powinny też bardziej otworzyć się firmy, które generują najwięcej opakowań, zwłaszcza makulatury. Ze wszystkich najbliższy realizacji wydaje się statutowy cel stowarzyszenia, jakim jest organizowanie czasu wolnego pracownikom. W stumetrowym lokalu, który udało się wynająć na Ursynowie, ma powstać świetlica ekologiczna. Będzie tu ośrodek informacyjny, a jednocześnie miejsce, w którym można spokojnie napić się gorącej herbaty i porozmawiać z terapeutą.

Pełna publikacja mojego artykułu: „Rzeczpospolita”, 27.08.2004

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie teksty na tym blogu – o ile nie jest podpisane inaczej – są mojego autorstwa. Jeśli chcesz wykorzystać tekst lub jego fragment, skontaktuj się ze mną.